Informacje prasowe
Herlander Silva: Dziś wierzę w nasze zawodniczki tak samo jak w dniu, w którym tu trafiłem
O minionej rundzie, trzech miesiącach pracy z zespołem i tym, co się dzieje wewnątrz niego rozmawiamy z trenerem KPR Gminy Kobierzyce, Herlanderem Silvą.

Ostatni mecz był dziwny, pełny wzlotów i upadków. Najpierw straciliśmy kilka bramek z rzędu, potem kilka rzuciliśmy i tak działo się dwa lub trzy razy. Ostatecznie przegraliśmy z Galiczanką przez gola w ostatnich sekundach. Jakie są Twoje odczucia po takim spotkaniu?
Myślę, że ten mecz jest idealnym odzwierciedleniem tego, co dzieje się w tym sezonie. W krótkim odstępie czasu potrafimy robić rzeczy bardzo dobre i bardzo złe. Szczerze mówiąc, nie chodzi o komunikację, nie o trenera, nie o taktykę – wszystko siedzi w głowach. Jeśli tego nie przezwyciężymy, będzie to problemem do końca rozgrywek. Mamy jeszcze co najmniej jedenaście meczów i każdy z nich będzie dla nas wyzwaniem. Jeśli uda nam się ustabilizować psychicznie, możemy o coś powalczyć. Niestety, nie wszystko zależy od nas – a przynajmniej tego nie wiemy, bo po fazie zasadniczej jest jeszcze mecz do rozegrania, co jest całkowicie dziwne. Kiedy jesteś w dołku, tak jak my w tym sezonie, każdy chce ci jeszcze „dołożyć”, i to dzieje się mecz po meczu. Dla grupy sportowców, dla grupy kobiet, bardzo trudno jest to przełamać. Naszą rolą w sztabie jest nie tylko praca nad taktyką i techniką, ale także pokazanie im, że stać je na znacznie więcej. To nie jest szczyt ich możliwości, ale musimy zrozumieć, że zajmujemy piąte miejsce i być może jest to miejsce, na które obecnie zasługujemy.
Wspominasz o kwestiach mentalnych, ale na co dzień pracujecie z trenerem mentalnym, Tomkiem Antosiakiem. Jest z zespołem już od kilku sezonów.
Wierz mi, gdybyśmy znali dokładną przyczynę, problem byłby rozwiązany. Wierz mi, gdyby to zależało tylko od sztabu, byłoby po sprawie. Próbujemy wszystkiego, staramy się dać dziewczynom wszystkie narzędzia, jakie znamy i jakie mamy. W sztabie mamy wielu profesjonalistów, którzy są tu po to, by im pomóc. Coś to wszystko wyzwala i musimy szybko zrozumieć, co to takiego. Przy zmianie trenera zawsze jest czas na adaptację, ale on już minął. Mogły być problemy z komunikacją – sprawdziliśmy to, to nie to. Może zły plan na mecz? Próbowaliśmy różnych. Jeśli spojrzysz na mecz, mamy bardzo, bardzo dobre momenty, po których natychmiast przychodzą fatalne i niewytłumaczalne błędy. Zawodniczki same nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje; to nie jest dla nich łatwy sezon.
Rozmawialiście o tym?
Tak. Istnieje ogromna różnica między tym, co widzimy na treningach, a tym, co widzimy w meczach. Fizjologicznie treningi są wystarczająco intensywne, by wytrzymać mecz. Taktycznie przygotowujemy na nich wszystko, czego potrzeba w trakcie spotkania. Na treningach radzą sobie całkiem dobrze. Analizujemy nie tylko mecze, ale i treningi – wszystkie wskaźniki statystyczne są na dobrym poziomie, ale w sobotę to jakoś nie wychodzi. Może powinniśmy grać w tygodniu w godzinach naszych treningów, wtedy byłoby lepiej? Ale to, co szczerze kocham w tych dziewczynach, to fakt, że w sobotę przegraliśmy, w niedzielę płakaliśmy, a w poniedziałek o 8:30 rano one już tu były i pracowały, wychodząc z hali o 20:00. O co więcej możemy je prosić? Nie wiem.
Więc co było problemem w meczu przeciwko Galiczance?
Problemem była obrona. Nie można tracić 32 bramek. To wynik wielu indywidualnych błędów w defensywie, rozkojarzenia zawodniczek, które nie trzymały się planu. To był prawdopodobnie nasz najgorszy mecz w obronie, odkąd tu przyszedłem. Jeśli będziemy rzucać 31 bramek w każdym meczu, większość wygramy, ale nie możemy tracić 32.
Co stało się w ostatnich sekundach?
To odzwierciedlenie sezonu. To prawo Murphy’ego – jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. W ostatniej sekundzie zablokowaliśmy rzut, a piłka jakimś cudem trafiła prosto w ręce niepilnowanej zawodniczki na szóstym metrze, która zdobyła bramkę w ostatnich trzech sekundach. Pamiętasz jakąś sytuację w tym meczu, w której dopisało nam szczęście przy zbiórce? Bo ja nie. To smutne, zwłaszcza gdy jesteś w dołku. Bardzo to na ciebie wpływa, ale mamy obowiązek pracować. Jeśli będziemy pracować, szczęście się odwróci. Jedna rzecz, którą czuję: bardzo łatwo jest „zarobić” 2 minuty grając przeciwko Kobierzycom. Bardzo łatwo. W każdym meczu w pierwszych 5 minutach mamy jedno lub dwa wykluczenia, które wybijają nas z rytmu. Chciałbym, żeby to wynikało z naszej niesamowicie twardej obrony, ale tak nie jest. To powtarzające się sytuacje – w ostatnich meczach mamy po 7-8 kar dwuminutowych. A nasi przeciwnicy? To oczywiście robi różnicę.
Czy to był dobry mecz Galiczanki, czy słaby Kobierzyc?
Galiczanka pokonała nas dwa razy w tym sezonie. Nie ma znaczenia, czy siedmioma bramkami, czy jedną. Kiedy grają przeciwko nam, są lepsi. Może tę ostatnią bramkę zdobyli szczęśliwie, ale taka jest rzeczywistość. Graliśmy dwa razy i dwa razy przegraliśmy – to czysta matematyka. Galiczanka to dobry zespół. Nie są drużyną stabilną, potrafią zagrać niesamowicie, jak w sobotę, albo bardzo słabo. Nigdy nie wiesz, na jaką Galiczankę trafisz, ale one biegały przez pełne 60 minut. To młody zespół, mają utalentowane zawodniczki. Grają w dwóch ligach, więc mają inny system rotacji. Czasem to może nie być dobre, ale w efekcie ich zawodniczki spędzają mnóstwo minut na boisku. Ich cel w tym meczu? Nie miały nic do stracenia. Grały bez presji, a my byliśmy spięci przez to wszystko, co się dzieje, bo chcieliśmy odzyskać czwartą pozycję. Nie udźwignęliśmy tego, a one zrealizowały swój plan. Grały tak, jak chciały, a my nie potrafiliśmy ich zatrzymać. Taka jest prawda.
Wśród kibiców pojawiają się głosy, że zawodniczkom brakuje pewności siebie, a czasem walki i charakteru, z których były wcześniej znane.
Szczerze mówiąc, rozumiem kibiców, bo są przyzwyczajeni do drużyny walczącej o medale. Ale gdyby wszystko było w porządku, nie byłoby mnie tutaj. Kibice widzą tylko jedną z dziesięciu sytuacji, gdy tu jesteśmy. Powiedziałem już: w sobotę przegraliśmy, w niedzielę płakaliśmy, a w poniedziałek rano one trenowały. To ich praca, ale one naprawdę walczą. Chodzą ze spuszczonymi głowami, bo wstydzą się tego, co się dzieje. Płaczą po meczach, gdy przegrywają, i nie robią tego pod zdjęcia. One to przeżywają. Całkowicie rozumiem fanów, ale muszą wierzyć, że pracujemy. Zawsze są mile widziani na naszych treningach, by zobaczyć, jak dziewczyny zostawiają krew, pot i łzy na parkiecie.

Pracujecie razem od trzech miesięcy. Jak byś je podsumował?
Ten tydzień jest dopiero drugim, w którym mogę pracować z zawodniczkami bez meczu w środku tygodnia. Następny tydzień to już początek drugiej rundy i mamy dwa mecze, więc na przygotowanie każdego zostają dwa dni. W tym tygodniu spróbuję wzmocnić ich siłę psychiczną i formę fizyczną. W ciągu tych trzech miesięcy mieliśmy kontuzje kluczowych graczy, mieliśmy wirusa. Niektóre zawodniczki wciąż nie wróciły do swojej normalnej wagi. Jeśli dodasz do tego podróże, słabe występy i złe wyniki, wychodzi rollercoaster. Szczerze mówiąc, nie miałem jeszcze czasu nacieszyć się byciem trenerem Kobierzyc, bo ciągle za czymś gonię. Nie wiem, kiedy będę miał wszystkie zawodniczki do dyspozycji i czy w ogóle stanie się to w tym sezonie. W ostatni weekend musiałem wpuścić Zimkę po trzech miesiącach przerwy, bo nie miałem Gosi i Justyny. Wygląda to tak, że gdy tylko zaczynamy grać dobrze, coś się dzieje – jak z Justyną. Wróciła, zaczęła grać dobrze, zagrała dwa mecze i znowu wypada. Czy zagra jeszcze w tym sezonie? Nie wiem. Czy nam jej brakuje? Tak. Jedna z naszych liderek, Mariola, nie gra z najpiękniejszego powodu na świecie, ale brakuje nam jej – na treningach, w meczach, w szatni.
Jak trudno jest tak pracować? Masz na przykład dwa dni na przygotowanie do kolejnego meczu i nigdy nie wiesz, czy ostatni trening przed nim nie będzie dla kogoś ostatnim?
Lubię planować treningi z tygodniowym wyprzedzeniem. W Kobierzycach planuję ogólny zamysł, ale sam trening muszę przygotowywać na godzinę przed startem, bo nie wiem, co się wydarzy. Dostaję SMS-y: „muszę iść do lekarza, źle się czuję”, „muszę zrobić rezonans”, tu coś strzeliło, tam coś boli. Podam przykład: przed wyjazdem do Elche mieliśmy jeden trening. Miałem dostępnych osiem zawodniczek, a i tak musiałem przerwać w połowie, bo trzy z nich wymiotowały przez wirusa i musiały wypić herbatę, żeby nie zemdleć. Ale tam były. Ludzie w weekend widzą, że Kobierzyce dobrze weszły w mecz, prowadziły pięcioma bramkami, potem rywal wyrównał, trzymaliśmy się do 45. minuty, ale musieliśmy zaryzykować i przegraliśmy. To widzą ludzie. Ja widzę osiem zawodniczek na treningu, trzy wymiotujące, resztę kontuzjowaną, ale mimo to podejmują wysiłek i próbują. To dwie różne wizje tej samej sytuacji.
Skoro wspomniałeś o Elche – czy ten zespół naprawdę był o 12 bramek lepszy od was?
Nie. Elche ma siedem reprezentantek krajów, my w tamtym momencie mieliśmy trzy. Nasze trzy grają w drużynach, które są na zapleczu europejskiej czołówki, one grają w tej czołówce. Nie można zapominać, że Elche pięciokrotnie zdobywało ten puchar. Są znacznie bardziej doświadczonym zespołem, a mecze trafiły na nasz prawdopodobnie najgorszy moment – kontuzje, wirus, wszystko naraz. W pierwszym meczu nie potrafiliśmy zaadaptować się do ich stylu. Szczerze mówiąc, drugi mecz był znacznie lepszy. Gdyby kibice go widzieli, zauważyliby różnicę, ale w pucharach liczy się każdy detal. Ponadto hiszpański zespół grał z nami w sobotę i potem znów w sobotę. A my? Graliśmy z Elche, potem z Zagłębiem i znów z Elche. Chciałem mieć „czysty” tydzień na przygotowania. Federacja musi chronić tych, którzy reprezentują Polskę. Kobierzyce walczą o to, by być dobrym zespołem i godnie reprezentować kraj, a Związek powinien nam podać rękę, zamiast kazać grać co dwa dni i dawać dwa treningi na przygotowanie do takich meczów. Jeśli w zeszłym roku Kobierzyce były trzecie i nawiązywały walkę z Zagłębiem czy Lublinem, to może dlatego, że były wypoczęte i mogły się przygotować.
Byłoby lepiej dla obu drużyn – Zagłębia i Kobierzyc – gdyby nie grały między meczami w Europie.
Oczywiście. Koszalin i Piotrków mogą grać po zakończeniu fazy zasadniczej, dlaczego nie Zagłębie i Kobierzyce?
Wróćmy do ligi. Pięć porażek i pięć zwycięstw to z pewnością nie jest wynik, z którego jesteś zadowolony. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności, co byłoby satysfakcjonujące?
Chciałbym mieć dziesięć zwycięstw, ale jak mówiłem – wiele rzeczy jest przeciwko nam. Gosia nigdy w karierze nie pauzowała tak długo, to pierwszy raz, gdy opuściła więcej niż dwa mecze. Nie możemy zrobić nic poza pracą. Myślę, że nasz bilans spokojnie mógł wynosić 8-2. Pamiętam Piotrków u siebie, Koszalin na wyjeździe i Galiczankę u siebie. Straciliśmy dziewięć punktów w sposób, w jaki je straciliśmy. Gdybyśmy to wygrali, wszyscy byliby uśmiechnięci – oprócz trenera, bo ja chciałem dziesięciu wygranych. Poza tym liga jest w tym sezonie bardzo wyrównana i nie tak łatwa, jak się ludziom wydaje. Jest zupełnie inaczej niż pięć, a nawet dwa lata temu. Szczerze myślę, że w nadchodzących dziesięciu meczach każdy może wygrać z każdym, u siebie czy na wyjeździe. Nawet Zagłębie, jeśli straci czujność, może gdzieś przegrać – oni też mają szalony terminarz. Nie akceptuję jednak tego, jak zaprezentowaliśmy się w sobotę. Można przegrać, ale nie w taki sposób.
Jak wspomniałeś, trzy mecze przegraliśmy jedną bramką w podobny sposób. Co zrobić, by grać konsekwentnie przez sześćdziesiąt minut? Na ten moment nie mamy problemu z taktyką, ale z podaniami.
To marzenie każdego trenera – żeby zespół grał dobrze przez cały mecz. Każdy tutaj potrafi podawać piłkę, inaczej by go tu nie było. Kiedy brakuje pewności siebie, piłka „parzy”. Podania są niepewne, ręka drży. Nie masz pewności, czy trafisz nawet w klarownych sytuacjach. To stało się w sobotę. Mieliśmy sytuację „cztery na dwie” w kontrataku. Prawa strona była kompletnie wolna, ale wszyscy się wahali i piłka tam nie trafiła. Koziołek grała niesamowity mecz, więc dlaczego? Każdy boi się błędu, nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Czasem ludzie mówią, że zawodniczki kłócą się na boisku. Nie. One znają plan, a jeśli ktoś go nie realizuje, mówią: „hej, wracaj do gry”.
Czy zespół ma w tym sezonie liderkę?
Lider musi objawić się w trudnych chwilach, ale nie potrafię wskazać jednej osoby.
Ale widzisz kogoś takiego?
Tak. Kozioł w ostatnim meczu grała jak liderka. Patrycja Wiśniewska gra jak liderka, Zyta również. Jeśli bramkarka jest liderką – czy to problem? Dla mnie nie. Gdy piłka „parzy”, wiesz, że trafia do osoby, która się nie zawaha. Nie zepsuje podania. Teraz tego nie mamy. Dlaczego? Bo byliśmy przyzwyczajeni, że mamy super Gosię i super Magdę. One to rozwiązywały. Jeśli spojrzysz na zdjęcia z poprzednich sezonów, zawsze wskażesz jedną lub dwie osoby, które w takich momentach brały piłkę i robiły swoje. Teraz nie mamy takiej zawodniczki dostępnej. Powiem coś, przez co uznasz mnie za szaleńca: myślę, że Zimka to liderka. Jest jeszcze bardzo młoda, potrzebuje czasu, musi być na boisku. Musi zepsuć mnóstwo podań, przestrzelić wiele rzutów, ale będzie liderką tego zespołu. Mam nadzieję, że zatrzymamy ją na kilka lat, by mogła rozwinąć się tak, jak przewidujemy. Teraz brakuje nam kogoś, kto złapie piłkę i powie: „z drogi, rzucam bramkę”. Nie mamy tego, bo zawodniczki nie są przyzwyczajone do tej roli.
W rozmowach po meczach i Ty, i zawodniczki wspominacie, że waszym największym rywalem jesteście wy sami i wasze błędy. Co robicie, żeby je wyeliminować?
Wpajam im do głów zasadę: kiedy nie czujesz się na 100%, powiedz mi to i schodź na ławkę. Odpocznij pięć minut i wróć, gdy znów będziesz gotowa na 100%. Zawodniczki są bardzo szczere, wyraźnie widać, gdy o to proszą. Musimy też patrzeć na inne sporty. Na przykład w hokeju zawodnicy wchodzą na lód tylko na kilka minut. Piłka ręczna idzie tą samą drogą.
Doprecyzujmy: jeden kluczowy element, który zawiódł w ostatnich miesiącach.
Pewność siebie we wszystkim, co robią. Wiem, jaką drużynę zastanę dzisiaj na treningu, ale nie wiem, jaka wyjdzie na następny mecz. Jeśli wyjdzie ta z treningu, będę usatysfakcjonowany bez względu na wynik. Będę bardzo szczęśliwym trenerem. Dziś wierzę w nasze zawodniczki tak samo jak w dniu, w którym tu trafiłem. Mamy różne opcje na te same pozycje, a zmiana jednej zawodniczki potrafi zmienić styl gry całego zespołu i to jest bardzo dobre.
Powiedziałeś, że wierzysz w dziewczyny, ale czy czujesz, że one wierzą w Twój plan?
Szczerze mówiąc – tak. Czy po meczu z Galiczanką moje zawodniczki sprawdziły plan, który mają w telefonach i powiedziały: „to jest niedorzeczne, tak się nie wygrywa z Galiczanką”? Wierzę, że spojrzały na to i pomyślały: „tak, gdybyśmy to zrealizowały, byłoby inaczej”. Naprawdę w to wierzę.
Czego możemy się spodziewać w nadchodzących miesiącach?
Myślę, że możemy spodziewać się tego, że każdy może wygrać z każdym. Jeśli ktoś odpuści, przegra. Z naszej strony będziemy walczyć w każdym meczu. Mam nadzieję, że to wystarczy. Gdybyśmy wygrali w sobotę, wszyscy mieliby uśmiechy na twarzach, bo walczyliśmy do ostatniej sekundy i wygraliśmy. Ale walczyliśmy do ostatniej sekundy i przegraliśmy. Czy jeden gol zmienia sposób, w jaki patrzymy na profesjonalizm zawodniczek? Nie sądzę. Możecie spodziewać się bardzo zmotywowanego sztabu, który będzie pomagał dziewczynom wyjść z tej sytuacji. Mam dość nazywania tego „sytuacją”, bo wewnątrz jest naprawdę ciężko. Ale nadal wierzę, że praca, praca i jeszcze raz praca nas dokądś zaprowadzi.
Czyli trzymanie się planu, krok po kroku, bez rewolucji?
Nie potrzebujemy rewolucji… potrzebujemy spokoju, stabilizacji i zaufania do siebie nawzajem! Praca jest wykonywana, wszystkie zawodniczki, sztab i zarząd idą tą samą drogą. Czuję się w Kobierzycach bardzo dobrze.
Na którym miejscu chciałbyś zakończyć sezon?
Realistycznie, na ten moment – trzecie miejsce.